Logo Atlas Mysli
Foto
More

zobacz zdjęcia

Stare Polesie, ul. Gdańska

Majka Justyna

Łódź jest dla mnie pełna skrajności, dziwności i zarazem niezwykłości. Ma w sobie pewną nieoczywistość i nieuchwytność, trudno się w niej zakochać od pierwszego wejrzenia. Bałuty, Śródmieście, Stare Polesie… pełno tu zakątków, bram i tajemniczych drzwi, schodów donikąd, czasem zastanawiasz się, czy za kolejnym winklem nie wylądujesz w Narni.

Samo serce Starego Polesia – Gdańska. Mieszkam nieopodal. Długo szukałam, chciałam mieszkać właśnie tu. To miejsce jest jak portal: tyle tu historii wibrujących między zrujnowanymi pałacami i zapuszczonymi bramami. Łódź pozostawiona sama sobie, przez wiele lat trwała w rozpadzie. Żeby zobaczyć to miasto naprawdę, trzeba umieć spojrzeć poprzez tę warstwę pozorów i zapomnienia. Tam w środku, pod powierzchnią kipi potężna ludzka energia.

Kiedy wróciłam do Łodzi, zachwyciła mnie właśnie jej niezwykła oddolna aktywność – chęć ludzi do działania, tworzenia, zmiany. Związałam się na stałe z Teatrem Chorea, który stara się wnikać w tkankę miasta i angażować w pracę z różnymi grupami społecznymi. Od lat spotykam tu ciągle ludzi, którym zależy na tym mieście, którzy chcą je zmieniać, transformować, otwierać. Z takich rozmów i idei powstał również KIPISZ, czyli cykl otwartych spotkań improwizacji, gdzie nie ma granic dla kreatywności, liczy się chęć wymiany artystycznej, twórczego fermentu i działania poza utartymi ścieżkami.


Jedna z bardziej szalonych sesji Atlasu. Przypuszczam nawet, że za którymś winklem wylądowałyśmy w Narni. W barwach złotej jesieni zakamarki ulicy Gdańskiej rozpostarły przed nami melancholijny urok. Nawet na ciągle roześmianej twarzy Majki rysowała się mocna nuta nostalgii. Jej gibkie i perfekcyjne ciało tancerki-joginki zdawało się nie podzielać nastroju i rwało się do ruchu.

– Jaka piękna, jaka piękna! – wyrażałam swój niemy zachwyt nad Majką, ilekroć widziałam ją na scenie, czy mijając gdzieś na korytarzach Fabryki Sztuki. Aż w końcu pewnej upalnej nocy tego lata, podczas katarktycznych tańców, jakie mogły zaistnieć tylko w środowisku Teatru Chorea, odważyłam się zaprosić ją do projektu. Z wizji zwiewnej sukienki odkrywającej plecy i podmuchu wiatru rozwiewającego włos nie ostało się nic. Czas przyniósł kadry jesienne. Pełne otuleń.

Oraz słoik pomidorowych przetworów w prezencie od mojej bohaterki. Kto trochę mnie zna, wie, jak wielka to koincydencja!

Agnieszka Cytacka